piątek, 18 lipca 2014

Za czym tęsknię?

Nie przypuszczałam, że czas w Ameryce będzie leciał tak szybko, że niemal nie odczuję tęsknoty. Jednak tak długa rozłąka sprawiła, że tęsknota się pojawiła lecz nie w takim stopniu jak podejrzewałam. Oczywiście są osoby, za którymi tęsknię mniej lub bardziej.
Chłopak, przyjaciółka, rodzice, przyjaciele, rodzina i znajomi, tak - zdecydowanie mi ich brakuje.
Ale ten wpis jest poświęcony temu, za czym tęsknię, a raczej czego mi brakuje, a nie kogo.
Pierwszą rzeczą jest ciasto, mam wielką ochotę na  jakiekolwiek ciasto, najbardziej po głowie chodzi mi kołacz z kruszonką mojej babci ♥. To nie tak, że tutaj nie ma ciast, wręcz przeciwnie - jest bardzo wiele rodzajów, ale żaden nie jest porównywalny do ciasta z Polski. Najbardziej smakuje mi ciasto "red velvet", polecam! :)
Kolejna rzecz - pierogi ruskie, po prostu ich tu nie ma, wydaje mi się, że będą pierwszą rzeczą, którą skonsumuję jak wrócę do Polski. Brakuje mi też bigosu oraz paru innych potraw.
Bardzo brakuje mi również mojego łóżka.
Brak materialnych rzeczy da się jednak wytrzymać, bardziej odczuwalny jest brak poszczególnych osób.

Praca

Zaraz na początku pobytu zaczęłyśmy poszukiwania pracy. W miejscowej gazecie znalazło się wiele ogłoszeń, jednak gdy dzwoniłyśmy zapytać o szczegóły ogłoszenia, okazywało się, że nie spełniamy wymagań, lub oferta jest już nieaktualna. Najbardziej zwracałyśmy uwagę na ogłoszenia z serwisu lub ze sklepów na obsługę kas. Udało się nam załatwić pracę po znajomosci w hotelu w downtown - Embassy Suites Hotels jako housekeeping. Pracowałyśmy 3 tygodnie, zarobiłyśmy dość dobre pieniądze (na pewno lepsze niż te, które zarobiłybyśmy w Polsce). Przyznam szczerze, że na początku praca nie była łatwa, ale z każdym dniem szło nam coraz lepiej. Ludzie, którzy z nami pracowali byli bardzo mili, otwarci i szczerzy. Przez 3 tygodnie pracy miałyśmy 4 dni wolnego, reszta dni polegała na tym, że wychodziłyśmy z domu rano, po to żeby wrócić wieczorem tylko się przespać. A wszystko dlatego, że trafiłyśmy na szczyt sezonu. Na dłuższą metę nie chciałabym tak pracować. Ale nie żałuję, co zarobiłam, to moje i wiem, że kiedyś dobrze będę wspominać moją przygodę z pierwszą pracą :)

środa, 9 lipca 2014

Downtown

Każdy dzień tutaj utwierdza mnie w przekonaniu, że te wakacje nie będą zmarnowane. Nie ma mowy o  nudzie w USA, ciągle coś się dzieje, ciaaagle coś robimy. Trzy dni temu Staszek zabrał nas do downtown, czyli centum Chicago. Jechaliśmy Metrą, czyli tutejszym pociągiem. Podróż trwała ok. 30 minut (i udało nam się przejechać bez biletów :D). Gdy wysiedliśmy poczułam jedynie smród i ciepło, które pasowało na peronie, za to idąc przez dworzec miałam wrażenie, że znajduję się w galerii handlowej, ponieważ zanim wyszliśmy na zewnątrz minęliśmy kilkadziesiąt sklepów, coffee shopów i fast-foodów. Kiedy wyszliśmy z budynku moim oczom ukazał się widok wieżowców, wysokich drapaczy chmur, żółtych taksówek oraz setek ludzi, każdy zmierzał w inną stronę...
Ogólnie to myślałam, że obraz Ameryki, który jest ukazywany w filmach jest mocno przerysowany i nastawiałam się, że się zawiodę na tym, a jest wręcz przeciwnie - w filmach nie widać tego wszystkiego, pokazana jest tam tylko namiastka tego co można tuta zobaczyć. Ten kraj zaskakuje mnie coraz bradziej z każdym spędzonym w nim dniem.
Pierwszym przystankiem był oczywiście Starbucks, później zmierzaliśmy w stronę chyba najbardziej rozpoznawalnej rzeczy w Chicago, czyli Fasolki. Fajnie było zobaczyć coś, co zwykle widywałam na filmach i wywierało na mnie duże wrażenie...




Staszek zabrał ze sobą aparat, przy okazji zrobił nam parę zdjęć. 5 godzin w downtown minęło szybko ale w bardzo dobrej atmosferze. Pobyt w Chicago zakończyliśmy w Panera Bread.



























Wracaliśmy tym samym pociągiem ale niestety tym razem nie udało nam się przejechać bezpłatnie... :)
Wieczorem obejrzeliśmy zdjęcia z wypadu i okazało się, że jest ich około 400, co nas trochę zdziwiło. Następnie zdecywaliśmy się pojechać do kina na 22nd jump street (polecam wszystkim wielbicielom komedii). Kino w Ameryce wygląda dokładnie tak samo jak w filmach IDENTYCZNIE.

[Ciekawostką jest też to, że płacisz za bilet max. 10$ i możesz siedzieć w kinie cały dzień, zmieniać tylko sale. Płacąc za jeden film, oglądasz kilka, ponieważ nikt tego nie sprawdza.]

niedziela, 6 lipca 2014

4th of July

Przed wczoraj świętowaliśmy 4th of July, czyli amerykańskie święto niepodległości. Już z opowiadań wiedziałam, że obchody tego święta znacznie różnią się od sposobu obchodzenia świętawniepodległości w Polsce. W naszym kraju podchodzimy do tego bardzo poważnie, wręcz patetycznie, a tutaj wręcz odwrotnie. Wszyscy się bawią i cieszą, 4 lipiec to kolejny powód aby wyjść z domu, spotkać się z przyjaciółmi, sąsiadami oraz spędzić czas z rodziną.
Pierwszą atrakcją tego dnia była parada, która zaczęła się o godzinie 10:00 i trwała ok. 1,5h. Wzdłuż jednej ulicy przeszło około pięćdziesięciu grup (straż pożarna, policja, weterani, szkoły, dentyści, kampanie, lekarze itp.), każda z grup była poprzebierana w charakterystycznie dla nich stroje i rzucała cukierkami w obserwatorów, czyli w nas. Na amerykanskich ulicach przeważały czerwone, niebieskie i białe kolory, zarówno na domach, jak i w ubiorze.







Wieczorem pojechaliśmy na fajerwerki do miasta oddalonego on nas o 20 minut. Cały pokaz miał się odbyć na ogromnym boisku do futbolu amerykańskiego. Wyobraźcie sobie ogromne boisko zapełnione kocykami oraz krzesełkami, na których siedzą ludzie i trudno znaleźć wolne miejsce. Osobiście mnie ten widok kojarzył się ze sceną z filmu. Na scenie grała amerykańska kapela, w powietrzu unosił się zapach karmelowego popcornu, ludzie zajadali się hot-dogami, a na straganach można było kupić świecące gadżety.
O 21 zaczął się pokaz. Pierwszy raz w życiu widziałam tak spektakularne sztuczne ognie. Było pięknie. Nie wyobrażałam sobie, że kiedyś coś takiego zobaczę. Po pokazie ciężko było wydostać się z parkingu. W parkingowym korku staliśmy ok. 30 minut.


Podsumowując dzień niepodległości w Stanach obchodzony jest całkiem inaczej niż w Polsce. Nie powiem, że lepiej, bo jednak rozumiem to, że u nas przywiązywana jest do tego ogromna waga i ma to bardziej charakter patriotyczny, czego nie można krytykować, ale bardzo podoba mi się sposób, w jaki amerykanie podchodzą święta niepodległości. Wywarło to na mnie DUŻE wrażenie i nie zapomnę tego do końca życia.

czwartek, 3 lipca 2014

Pierwszy dzień w USA

2 lipca 2014 o godzinie 13 z minutami szczęśliwie doleciałyśmy na miejsce, lot odbył się bez problemów, podróż była długa ale na szczęście nie męcząca. Mieszkamy w miasteczku pod Chicago - Des Plaines. Jeszcze nie przedstawiłyśmy się jeśli chodzi o strefę czasową ale to kwestia kilku dni :)
Dzisiaj pojechałyśmy do sklepu kupić kilka potrzebnych rzeczy oraz do spożywczego (zdziwiłam się jak dużo polskich produktów można znaleźć w amerukańskich marketach). Po południu poszłyśmy na spacer, kupiłyśmy sobie kawę w Dunkin Donuts. Nie ogarniamy jeszcze przechodzenia tutaj przez drogę :D
Wieczorem spacer, lody i oglądaliśmy jak chłopcy grają w baseball (nie rozumiem zasad tej gry :/ )
Jutro 4th of July, więc będą parady i fajerwerki, myślę, że zrobię parę zdjęć, więc wszystkie tu dodam :>

sobota, 28 czerwca 2014

Szykujemy się do wyjazdu

Do wyjazdu zostały jedynie 3 dni, czas płynie bardzo szybko. Nawet nie zauważyłam kiedy minęło to pół roku. W każdym razie przygotowania trwają, szykuję ubrania, sprzątam, żegnam się z przyjaciółmi. Pierwszy raz wyjeżdżam na tak długi czasi i jestem ciekawa jak na to wszystko zareaguję, czy będę tęsknić, czy raczej korzystać w 100% niczym się nie przejmując... Jedno jest pewne: postanowiłam sobie, że te wakacje będą najlepszymi w życiu.

piątek, 14 lutego 2014

blisko, coraz bliżej

Przygotowania do wakacyjnego wyjazdu trwają. 10 stycznia złożyłam papiery aby wyrobić paszport, długo nie musiałam czekać, ponieważ 15-ego już był gotowy do odbioru :) Następnym krokiem było wypełnienie wniosku wizowego w internecie, nie było to łatwe, więc poprosiłam o pomoc mamę Mary, która robiła już to kilka razy, więc ma wprawę. Razem poszło bardzo sprawnie. Na drugi dzień pojechałyśmy z mamą zapłacić za wniosek. Punkt płatności znajduje się na naszej poczcie w Banku Pocztowym. Za wizę nieimigracyjną należało zapłacić równo 496 zł. Okazuje się, że nie płaci się za wizę, tylko za złożony wniosek, więc jeśli nie uda Ci się zdobyć wizy, a będziesz chciał wciąż ubiegać się o wizę, to będzie trzeba jeszcze raz zapłacić tę samą kwotę. Na drugi dzień od wpłaty (30.01) po godzinie 12 mogłam zalogować się na stronie ambasady (konsulatu) i wybrać datę spotkania z konsulem. Niestety najbliższy termin był dostępny 12 lutego, więc bez zastanowienia wybrałam tą datę, nie tylko z uwagi na to, że była najbliższa, ale też ze względu na to, że najmniejsza liczba osób była zapisana na ten dzień...
Dwa tygodnie oczekiwania na wyjazd do konsulatu USA w Krakowie bardzo mi się dłużyły, ciągle chodziło mi pogłowie to, że nie dostanę wizy, obawiałam się, że coś pójdzie nie tak, jednak nie było tak źle! :)
Rozmowa była umówiona na godzinę 9:15, tata zgodził się pojechać ze mną. Wyjechaliśmy o godzinie 6:15, w Krakowie byliśmy przed 9:00. Gdy dotarliśmy pod konsulat naszym oczom ukazał się tłum, składający się przynajmniej ze 100 osób.Na szczęście, większość osób postanowiła przyjść przed czasem, więc każdy odstał swoje. Do konsulatu wpuszczali według kolejności. Ogólnie to był 30 minutowy poślizg, ale brałam to pod uwagę widząc dziki tłum przed konsulatem. Wyglądało to tak, że pracownik z konsulatu wychodził przed budynek i wołał osoby, które były umówione na daną godzinę, zbierał nasze paszporty, wnioski wizowe oraz dowody wpłaty za wniosek, miałam przygotowane również zdjęcia, które rzekomo były wymagane ale facet powiedział mi, że zdjęcie we wniosku jest w porządku. Każda osoba dostała zieloną karteczkę z numerem (ja miałam 14 - taka ciekawostka!). Osoby, które dostały karteczki miały się ustawić pod drzwiami konsulatu, w kolejce. Wchodziliśmy po kolei, nasze kurtki i torby zostały prześwietlone, a my mieliśmy przejść pod bramką. Do środka nie można wnosić ŻADNYCH telefonów, kamer, sprzętów, dlatego najlepiej przyjechać z kimś, kto popilnuje wszystkiego na zewnątrz ; ) (wchodzimy sami, osoby niepełnoletnie również). Następnie długim korytarzem kierujemy się do pewnego rodzaju biura, w którym znajdują się dwa okienka, do których podchodzimy po wyczytaniu naszego nazwiska. Przy okienku składamy nasze odciski palców w obu dłoniach. Potem podchodzimy do maszyny, naciskamy przycisk, drukowana zostaje karteczka z numerem.  OTO ON:
W pomieszczeniu obok znajdują się stanowiska (chyba 5), przy których odbywa się rozmowa z konsulem. Rozmowa jest prowadzona w języku polskim, konsul, z którym rozmawiałam był bardzo miły i miał przyjemny amerykański akcent :) Ku mojemu zaskoczeniu rozmowa trwała niecałą minutę, konsul zapytał mnie o cel podróży do USA, miasto, w którym zamierzam mieszkać i czy mam tam rodzinę, odpowiadałam krótko i na temat, tak jak mi zalecono. Po chwili krótkiej ciszy konsul powiedział, że mój paszport zostanie wysłany do mnie kurierem. W tym momencie mi ulżyło, bo to jest jednoznaczne - udało się, dostałam wizę!
Kolejnym krokiem, który znacząco zbliży nas do wyjazdu będzie zakup biletów na samolot, pojawił się pewnie problem ale myślę, że szybko go rozwiążemy :) Wiadomo jednak, że wylot ma być 2 lipca, a powrót 26 sierpnia. Teraz zostało mi tylko zbieranie dolarów! Odliczanie czas zacząć! :))))