Nie przypuszczałam, że czas w Ameryce będzie leciał tak szybko, że niemal nie odczuję tęsknoty. Jednak tak długa rozłąka sprawiła, że tęsknota się pojawiła lecz nie w takim stopniu jak podejrzewałam. Oczywiście są osoby, za którymi tęsknię mniej lub bardziej.
Chłopak, przyjaciółka, rodzice, przyjaciele, rodzina i znajomi, tak - zdecydowanie mi ich brakuje.
Ale ten wpis jest poświęcony temu, za czym tęsknię, a raczej czego mi brakuje, a nie kogo.
Pierwszą rzeczą jest ciasto, mam wielką ochotę na jakiekolwiek ciasto, najbardziej po głowie chodzi mi kołacz z kruszonką mojej babci ♥. To nie tak, że tutaj nie ma ciast, wręcz przeciwnie - jest bardzo wiele rodzajów, ale żaden nie jest porównywalny do ciasta z Polski. Najbardziej smakuje mi ciasto "red velvet", polecam! :)
Kolejna rzecz - pierogi ruskie, po prostu ich tu nie ma, wydaje mi się, że będą pierwszą rzeczą, którą skonsumuję jak wrócę do Polski. Brakuje mi też bigosu oraz paru innych potraw.
Bardzo brakuje mi również mojego łóżka.
Brak materialnych rzeczy da się jednak wytrzymać, bardziej odczuwalny jest brak poszczególnych osób.
Best summer ever.
piątek, 18 lipca 2014
Za czym tęsknię?
Praca
Zaraz na początku pobytu zaczęłyśmy poszukiwania pracy. W miejscowej gazecie znalazło się wiele ogłoszeń, jednak gdy dzwoniłyśmy zapytać o szczegóły ogłoszenia, okazywało się, że nie spełniamy wymagań, lub oferta jest już nieaktualna. Najbardziej zwracałyśmy uwagę na ogłoszenia z serwisu lub ze sklepów na obsługę kas. Udało się nam załatwić pracę po znajomosci w hotelu w downtown - Embassy Suites Hotels jako housekeeping. Pracowałyśmy 3 tygodnie, zarobiłyśmy dość dobre pieniądze (na pewno lepsze niż te, które zarobiłybyśmy w Polsce). Przyznam szczerze, że na początku praca nie była łatwa, ale z każdym dniem szło nam coraz lepiej. Ludzie, którzy z nami pracowali byli bardzo mili, otwarci i szczerzy. Przez 3 tygodnie pracy miałyśmy 4 dni wolnego, reszta dni polegała na tym, że wychodziłyśmy z domu rano, po to żeby wrócić wieczorem tylko się przespać. A wszystko dlatego, że trafiłyśmy na szczyt sezonu. Na dłuższą metę nie chciałabym tak pracować. Ale nie żałuję, co zarobiłam, to moje i wiem, że kiedyś dobrze będę wspominać moją przygodę z pierwszą pracą :)
środa, 9 lipca 2014
Downtown
Ogólnie to myślałam, że obraz Ameryki, który jest ukazywany w filmach jest mocno przerysowany i nastawiałam się, że się zawiodę na tym, a jest wręcz przeciwnie - w filmach nie widać tego wszystkiego, pokazana jest tam tylko namiastka tego co można tuta zobaczyć. Ten kraj zaskakuje mnie coraz bradziej z każdym spędzonym w nim dniem.
Pierwszym przystankiem był oczywiście Starbucks, później zmierzaliśmy w stronę chyba najbardziej rozpoznawalnej rzeczy w Chicago, czyli Fasolki. Fajnie było zobaczyć coś, co zwykle widywałam na filmach i wywierało na mnie duże wrażenie...
niedziela, 6 lipca 2014
4th of July
Pierwszą atrakcją tego dnia była parada, która zaczęła się o godzinie 10:00 i trwała ok. 1,5h. Wzdłuż jednej ulicy przeszło około pięćdziesięciu grup (straż pożarna, policja, weterani, szkoły, dentyści, kampanie, lekarze itp.), każda z grup była poprzebierana w charakterystycznie dla nich stroje i rzucała cukierkami w obserwatorów, czyli w nas. Na amerykanskich ulicach przeważały czerwone, niebieskie i białe kolory, zarówno na domach, jak i w ubiorze.
Wieczorem pojechaliśmy na fajerwerki do miasta oddalonego on nas o 20 minut. Cały pokaz miał się odbyć na ogromnym boisku do futbolu amerykańskiego. Wyobraźcie sobie ogromne boisko zapełnione kocykami oraz krzesełkami, na których siedzą ludzie i trudno znaleźć wolne miejsce. Osobiście mnie ten widok kojarzył się ze sceną z filmu. Na scenie grała amerykańska kapela, w powietrzu unosił się zapach karmelowego popcornu, ludzie zajadali się hot-dogami, a na straganach można było kupić świecące gadżety.
O 21 zaczął się pokaz. Pierwszy raz w życiu widziałam tak spektakularne sztuczne ognie. Było pięknie. Nie wyobrażałam sobie, że kiedyś coś takiego zobaczę. Po pokazie ciężko było wydostać się z parkingu. W parkingowym korku staliśmy ok. 30 minut.
Podsumowując dzień niepodległości w Stanach obchodzony jest całkiem inaczej niż w Polsce. Nie powiem, że lepiej, bo jednak rozumiem to, że u nas przywiązywana jest do tego ogromna waga i ma to bardziej charakter patriotyczny, czego nie można krytykować, ale bardzo podoba mi się sposób, w jaki amerykanie podchodzą święta niepodległości. Wywarło to na mnie DUŻE wrażenie i nie zapomnę tego do końca życia.
czwartek, 3 lipca 2014
Pierwszy dzień w USA
2 lipca 2014 o godzinie 13 z minutami szczęśliwie doleciałyśmy na miejsce, lot odbył się bez problemów, podróż była długa ale na szczęście nie męcząca. Mieszkamy w miasteczku pod Chicago - Des Plaines. Jeszcze nie przedstawiłyśmy się jeśli chodzi o strefę czasową ale to kwestia kilku dni :)
Dzisiaj pojechałyśmy do sklepu kupić kilka potrzebnych rzeczy oraz do spożywczego (zdziwiłam się jak dużo polskich produktów można znaleźć w amerukańskich marketach). Po południu poszłyśmy na spacer, kupiłyśmy sobie kawę w Dunkin Donuts. Nie ogarniamy jeszcze przechodzenia tutaj przez drogę :D
Wieczorem spacer, lody i oglądaliśmy jak chłopcy grają w baseball (nie rozumiem zasad tej gry :/ )
Jutro 4th of July, więc będą parady i fajerwerki, myślę, że zrobię parę zdjęć, więc wszystkie tu dodam :>
sobota, 28 czerwca 2014
Szykujemy się do wyjazdu
Do wyjazdu zostały jedynie 3 dni, czas płynie bardzo szybko. Nawet nie zauważyłam kiedy minęło to pół roku. W każdym razie przygotowania trwają, szykuję ubrania, sprzątam, żegnam się z przyjaciółmi. Pierwszy raz wyjeżdżam na tak długi czasi i jestem ciekawa jak na to wszystko zareaguję, czy będę tęsknić, czy raczej korzystać w 100% niczym się nie przejmując... Jedno jest pewne: postanowiłam sobie, że te wakacje będą najlepszymi w życiu.



